Czwartkowy wieczór (26.02.) zgromadził w bunkrze Jasielskiego Domu Kultury (JDK) artystów, koneserów fotografii, estetów i wszystkich tych, dla których sztuka odgrywa w życiu niebagatelną rolę. Przyczynkiem tego wyjątkowego spotkania była wystawa prac Bartłomieja Wilka – fotografa i twórcy wizualnego, członka Krynickiego Towarzystwa Fotograficznego, który od lat prowadzi fotograficzną obserwację, tworząc swój unikatowy język przekazu.
Ekspozycja, licząca kilkadziesiąt wysmakowanych prac, obejmowała kadry przedstawiające rozliczne zapisy „tu i teraz”, oscylujące wokół postaci, architektury i pojazdów. Na próżno dopatrywać się w fotografii Bartłomieja Wilka statycznych portretów czy wystudiowanych zdjęć – i to jest jego ogromny atut. Wszystkie prace przekazują emocje – niezależnie czy jest to radość, nostalgia czy zdziwienie; naturalność chwili i coś ulotnego. Wskazówki dlaczego autor wybrał street photography jako swoje artystyczne centrum mundi, być może odnajdą Państwo w wywiadzie:
mrz: Wiemy, że pasjonujesz się fotografią już od dłuższego czasu, ale uchyl proszę rąbka tajemnicy i zdradź, od czego zaczęła się ta przygoda?
Bartłomiej Wilk: Zaczęło się bardzo konkretnie – od pracy w labie fotograficznym Fotos. To nie była romantyczna wizja artysty z aparatem, tylko codzienna, rzemieślnicza praca. Obróbka, druk, kontakt z klientem, a przede wszystkim obsługa imprez okolicznościowych. Śluby, komunie, wydarzenia – przez kilkanaście lat to tam nabierałem wprawy. Nauczyłem się reagować szybko, pracować pod presją, panować nad sprzętem i światłem w każdych warunkach. W pewnym momencie przyszedł jednak etap zmęczenia. Aparat trafił na półkę. Zmieniłem pracę i przez jakiś czas fotografia zeszła na dalszy plan. To był potrzebny dystans. Dopiero później, trochę nieoczekiwanie, nowa praca znowu „wymusiła” powrót do aparatu. I wtedy coś się zmieniło – zacząłem fotografować nie dlatego, że trzeba, tylko dlatego, że chcę. Od tamtej pory to już bardziej świadomy rozwój. Szukanie własnego języka, odejście od fotografii czysto usługowej w stronę bardziej osobistej. Przyjęcie do Krynickiego Towarzystwa Fotograficznego było ważnym momentem, bo dało mi poczucie przynależności do środowiska, ale nie zamknęło drogi. Nadal szukam. Nadal próbuję zrozumieć, w którą stronę chcę iść dalej.
mrz: Twoja droga wydaje się iść, jak na razie, w dość konkretnym kierunku – fotografii ulicznej. Street photography w Twoim wykonaniu powstaje bez inscenizacji i jak dowiadujemy się z tytułu wystawy, pozostaje także bez komentarza – jak odnajdujesz „moment”, który warto zatrzymać i czy jest coś, co szczególnie przyciąga Twoją uwagę w codziennych scenach?
Bartłomiej Wilk: Momentu się nie „znajduje” w sensie dosłownym. On się wydarza. Moją rolą jest być gotowym, żeby go zobaczyć. Fotografując ulicę, nie szukam spektakularnych scen ani mocnych historii. Bardziej interesuje mnie napięcie w zwyczajności – relacja między człowiekiem a przestrzenią, gest, który trwa ułamek sekundy, światło, które nagle porządkuje chaos miasta. Czasem to spojrzenie, czasem układ cieni, czasem ktoś stojący dokładnie w miejscu, które za chwilę przestanie mieć znaczenie. To jest bardziej kwestia uważności niż refleksu. Staram się nie ingerować, nie prowokować sytuacji. Jestem obserwatorem. Jeśli coś w tej scenie przez moment „zadrży” – w sensie wizualnym albo emocjonalnym – wtedy wiem, że warto nacisnąć spust migawki. A to, że zdjęcia pozostają bez komentarza, wynika z przekonania, że obraz powinien bronić się sam. Jeśli moment był prawdziwy, nie potrzebuje dopowiedzeń.
mrz: Mówisz tu przede wszystkim o swojej uważności. Porozmawiajmy teraz o tym, jak koreluje z nią uważność widza. W opisie wystawy podkreślasz, że sens zdjęć rodzi się w spojrzeniu odbiorcy. Rozumiem, że jako artysta nie narzucasz arbitralnie ich interpretacji, ale na pewno są elementy, które chcesz, by zostały przez widza wyłapane. Jak zatem dobierasz kompozycje, by stworzyć spójną opowieść?
Bartłomiej Wilk: Rzeczywiście nie narzucam interpretacji, ale to nie znaczy, że kompozycja jest przypadkowa. Spójność powstaje na poziomie obrazu – linii, światła, rytmu, relacji między postacią a przestrzenią. Podczas selekcji nie myślę w kategoriach jednej historii, tylko napięć. Patrzę, czy zdjęcia „rozmawiają” ze sobą wizualnie. Czy powtarza się pewien motyw – samotność w tłumie, człowiek przytłoczony architekturą, światło, które rozdziela przestrzeń na dwie części. To są elementy, które budują strukturę wystawy, nawet jeśli nie są nazwane wprost. Czasem rezygnuję z bardzo mocnego kadru, jeśli burzy rytm całości. Wystawa nie jest zbiorem najlepszych zdjęć, tylko przemyślanym układem. To trochę jak montaż filmu – znaczenie powstaje nie tylko w pojedynczym obrazie, ale w tym, co dzieje się między obrazami. Nie chcę, żeby widz zobaczył dokładnie to, co ja widziałem. Chcę, żeby miał przestrzeń do własnej interpretacji – ale w ramach kompozycji, która jest świadoma i uporządkowana.
mrz: Wracając do wolności wyobrażeń – czy możesz opowiedzieć o jakimś kadrze, którego interpretacja widzów najbardziej Cię zaskoczyła?
Bartłomiej Wilk: Opowiem o zdjęciu, którego na tej wystawie nie ma, bo nie jest fotografią uliczną. Powstało podczas jednej z sesji w domu – takie realizuję od czasu do czasu, bo dają ludziom swobodę. Są u siebie, w znanej przestrzeni, bez sztucznego światła studia i bez presji „pozowania”. To było bardzo luźne spotkanie. W pewnym momencie mężczyzna w żartobliwym geście złapał żonę za szyję, ona zaczęła się śmiać. Powiedziałem wtedy półżartem: „bój się”. Jej mina natychmiast się zmieniła. Ułamek sekundy – i atmosfera zrobiła się zupełnie inna. Właśnie w tej chwili powstało zdjęcie, które później zatytułowałem „Przemoc ma płeć?”. Dodatkowego napięcia dodawał fakt, że mężczyzna nie miał na sobie stereotypowo „męskiego” stroju – miał cekinową spódnicę. Ten element sprawiał, że obraz wymykał się prostym kategoriom. Nie było jasne, kto tu jest silniejszy, kto dominuje, czy w ogóle mówimy o przemocy, czy o grze, czy o konwencji. W późniejszych rozmowach to zdjęcie budziło sporo emocji. Jedni mówili, że jest zbyt mocne. Inni, że sugeruje coś, co niekoniecznie jest prawdą – że przemoc nie ma jednej twarzy ani jednej płci. Pojawiały się głosy, że to zbyt dosłowne, że za bardzo prowokuje. I chyba właśnie o to w nim chodziło. Nie o tezę, nie o oskarżenie, ale o pytanie. Z perspektywy czasu widzę, że rola tego zdjęcia nie polegała na dawaniu odpowiedzi. Ono stało się pretekstem do rozmowy – o stereotypach, o tym, jak szybko oceniamy obraz na podstawie pierwszego wrażenia, o tym, jak mocno działają kulturowe schematy. Jedni widzieli w nim przemoc, inni teatralność, jeszcze inni ironię wobec ról społecznych. To zdjęcie uświadomiło mi coś ważnego: fotografia nie musi być jednoznaczna, żeby była uczciwa. Może być niewygodna. Może zmuszać do zastanowienia się nad własnymi reakcjami. Jeśli obraz wywołuje dialog – nawet niezgodę – zaczyna funkcjonować poza ramą. I wtedy przestaje być tylko estetycznym kadrem. Staje się impulsem. I chyba właśnie wtedy fotografia robi coś więcej niż tylko pokazuje.
Oficjalnym partnerem motoryzacyjnym było Auto Podlasie Toyota Jasło.
mrz

















